Dietetyka – jasna i ciemna strona (Mocy) studiów. Moja historia.

with Jeden komentarz

Jeśli na początku szkoły średniej ktoś powiedziałby, że będę zajmować się dietetyką, to wyśmiałabym taką osobę… zastanawiając się, czy nie upadła na głowę.

Kiedy przygotowywałam się do matury, to nie do końca wiedziałam, którą drogę wybrać i na jakie iść studia. Rodziła się wtedy u mnie fascynacja treningiem fitness i stawiałam swoje pierwsze kroki na siłowni, popełniając standardowy błąd „początkującej dziewczyny”- robiąc jedynie ćwiczenia na nogi i pupę. Zaczęło interesować mnie pojęcie diety, chociaż wiedziałam już małe co nie co, gdyż moja starsza siostra od dziecka choruje na celiakię i pewien reżim dietetyczny w domu musiał być trzymany. Miałam za sobą zresztą już wiele „diet”, z różnymi efektami, koniec końców z powrotem do punktu wyjścia.

Takie błędne koło.

Nie jedz pieczywa, bo tuczy, ale święta to święta, zjeść porządnie trzeba, po co jakieś odchudzanie… I słowa babci, że jak nie zjesz obiadu składającego się z dwóch dań to się tylko pochorujesz i od razu dostaniesz anemii.

licencjat

Złożyłam papiery w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Nysie na kierunek Dietetyka ze specjalnością dietetyka kliniczna. Niektórzy znajomi twierdzili, że kadra uczelniana będzie niewystarczająco dobra, bo to nie Kraków, czy Wrocław. Już po pierwszych zajęciach (wykład z Żywienia Człowieka) wiedziałam, że to nie będą proste studia. Robienie notatek, które piętrzyły się w teczkach, było wyzwaniem. Jedna pani doktor mówiła o składzie chemicznym tłuszczy z takim zaangażowaniem, pasją i taką prędkością, że długopis palił mi się w dłoniach.

Pierwszy rok był związany z zagadnieniami biologii człowieka i chemii żywności. Rozkładanie wszystkiego na najprostsze elementy, by w kolejnych latach poskładać wszystko w całość i zrozumieć, dlaczego właśnie taka dieta jest odpowiednia przy konkretnym schorzeniu.

Licencjat i zajęcia

3 lata licencjatu przeleciały bardzo szybko. Dość dużo zajęć teoretycznych i praktycznych. Zaczynając od Żywienia człowieka, Anatomii, Fizjologii, Chemii Żywności, przez Biochemię, Parazytologię, Technologię Żywności, Żywienie Kliniczne, Dietetykę Pediatryczną, Farmakologię, aż po Prawo i Ekonomikę w Ochronie Zdrowia. Dużo nauki ZZZ (Zakuć, Zdać Zapomnieć), ale podstawy były powtarzane co jakiś czas na różnych zajęciach i nie dało się ich zapomnieć.

Semestry mijały jak szalone, od sesji do sesji. Czasami jakaś impreza studencka, jeśli następnego dnia nie było zajęć na godzinę 8 (nie było to częste – dietetyka w porównaniu z innymi kierunkami zaczynała zajęcia zwykle w rannych godzinach).

Mała uczelnia – kameralne towarzystwo

Na moim roku studia rozpoczęło 48 osób, a ukończyło niecałe 30. Dzięki niewielkim grupom ćwiczeniowym, seminaryjnym i laboratoryjnym, każdy znał każdego. Rodziły się różne znajomości. Dietetyka to kierunek oblegany przez kobiety, dlatego faceci to były rodzyneczki, zaledwie kilku na roku. Ze wszystkich utworzonych grup, najlepiej wspominam moją. Szalone dietetyczki, każda wnosiła coś innego do towarzystwa. Wspólne pasje, imprezy i spotkania. Niestety nasze drogi się rozeszły, ale myślę, że jeszcze powrócimy do wspólnych wspomnień i nowych projektów.

Podobnie było z wykładowcami. Małe grono studentów i indywidualne podejście do każdego przez magistrów, doktorów, czy profesorów sprawiało, że łatwiej można było zrozumieć wiele zagadnień. Dziekanat. Cudowna Pani Beata z dziekanatu! Przez 2 lata studiów byłam starościną roku, dlatego dobry kontakt z dziekanatem był obowiązkowy. Każdemu studentowi życzę takiej Pani Beatki, która z uśmiechem na ustach pomagała rozwiązać wiele spraw.

Praktyki zawodowe

Po przeważnie zdanej w zerowym i w pierwszym terminie sesji, każdy student nie może pohamować się od radości, że to wakacje! W przypadku studentów dietetyki nie było aż takich salw radości, bo nadchodziły praktyki. Praktyki zawodowe! Półtora miesiąca siedzenia w ukropie, w szpitalnej kuchni. Niestety, praktyki zawodowe dietetyki zaledwie w kilku % były przydatne. Z 700 godzin praktyk, jedynie 150 mogły odbyć się z prawdziwym dietetykiem, w poradni dietetycznej. Przez większość godzin praktyki musiały być w miejscach żywienia zbiorowego, tzn. w szpitalach, przedszkolach, DPS’ach. Nieobecność dietetyków w większości placówek, ograniczało praktyki do obierania ziemniaków i krojenia zieleniny. Za licencjatu, odbyłam praktyki m.in. w Krapkowickim Centrum Zdrowia, USK w Opolu, ZOZ w Nysie, DPS w Korfantowie, PP w Żywocicach.

Jeśli miałabym wybierać studia patrząc jedynie na praktyki zawodowe, zdecydowanie nie wybrałabym dietetyki

praktyki1
praktyki

Praca licencjacka…

Pod koniec IV semestru studiów należało już wybrać swojego promotora i zgłosić potencjalny temat pracy licencjackiej. Od pierwszego semestru wahałam się, kogo wybrać na promotora mojej pracy, bo moja praca miała być związana z celiakią. Po zajęciach z Żywienia Klinicznego z panią prof. Poniewierką, wiedziałam, że będzie idealnym mentorem. Pani profesor nie tylko przeprowadziła mnie przez pracę licencjacką, ale i przez pracę magisterską, gdyż po za wykładaniem w Nysie, jest kierownikiem Katedry i Kliniki Gastroenterologii i Hepatologii Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Tytuł mojej pracy licencjackiej: OCENA SPOŻYCIA WYBRANYCH WITAMIN I SKŁADNIKÓW MINERALNYCH U OSÓB CHORYCH NA CELIAKIĘ. Praca zajęła mi sporo czasu. Zbieranie ankiet było doświadczeniem, które zapamiętam do końca życia, gdyż z trudem uzbierałam 106 ankiet. Dlatego teraz robię KAŻDĄ ankietę, bo wiem, jak ciężko zebrać potrzebną ilość.

obrona-licencjat

… i jej obrona

Było to 5 lipca 2018 roku. Jako ostatnia z roku, gdyż taki termin odpowiadał mojej promotorce. Nie zapomnę tego nigdy. Upał i stres. Niby przejście przez 3 lata studiów i samo napisanie pracy licencjackiej było nazywane skończeniem studiów, a obrona to tylko formalność. Jednak ja musiałam powtórzyć cały materiał studiów, ponieważ w czasie obrony losowało się 3 pytania, na które musiałam odpowiedzieć śpiewająco. Na szczęście wcześniej podano nam zagadnienia.

Jednak sam dzień obrony był dla mnie traumatyczny. Samochód, którym mama miała mnie zawieźć do Nysy, nie odpalił. Pożyczonym autem podróż na uczelnię przebiegła już bezproblemowo. Jednak na 15 minut przed obroną, wracając z budynku uczelni do zaparkowanego samochodu po ciastka dla komisji egzaminacyjnej, byłam świadkiem potrącenia kota przez samochód. Podbiegłam, żeby go zabrać z ulicy. Umarł na moich rękach. Z racji, że jestem kociarą nie mogłam opanować płaczu. Chwilę później zadzwoniłam na Straż Miejską, aby przyjechali po kotka. Na obronie dałam radę. Pomimo satysfakcji z obrony nie potrafiłam tego dnia cieszyć się w pełni.

Studia magisterskie

Mając dyplom ukończenia studiów licencjackich w dłoniach i za namową promotorki, aplikowałam na studia drugiego stopnia na Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu. Musiałam przystąpić do egzaminu wstępnego, który przeszłam pomyślnie i wraz z 49 osobami rozpoczęłam dalszy etap nauki.

Studia magisterskie niezbyt różniły się od licencjackich, za wyjątkiem zajęć praktycznych. Mieliśmy ćwiczenia na wielu oddziałach szpitalnych. Analizowaliśmy stan zdrowia pacjentów i opracowywaliśmy odpowiednie dla nich zalecenia żywieniowe. Przeprowadzaliśmy wywiady żywieniowe z chorymi, ocenialiśmy ryzyko niedożywienia wśród hospitalizowanych pacjentów. Widziałam mnóstwo zabiegów, prostych jak i na sali operacyjnej.

magisterskie

Niestety rozpieszczona wizytami w dziekanacie na studiach licencjackich, zderzyłam się ze ścianą, kiedy miałam załatwić coś na nowej uczelni. Wiele zajęć w różnych miejscach we Wrocławiu i krótkie godziny pracy owej instytucji, sprawiły, że czasami trzeba było nieźle kombinować, żeby być w dwóch miejscach jednocześnie.

Także zajęcia z niektórymi wykładowcami były drogą przez męką – nie tyle ich treść, co lekceważący stosunek kadry do studentów. Notoryczne nieobecności profesorów, nieplanowane zmiany godzin zajęć oraz miejsc ćwiczeń przez ostatnie 3 semestry studiów, niekoniecznie związane z zasadami nauki w czasach pandemii, potęgowały tylko uczucie bezsilności w już niełatwej sytuacji dla studentów.

trenerka1
trenerka2

Ze względu na weekendową pracę jako trenerka personalna w klubie fitness, nie uczestniczyłam w wielu imprezach, czy spotkaniach z ludźmi z roku. Byłam całkowicie pochłonięta studiami, pracą i swoimi treningami. Czasy imprez zdecydowanie przeżyłam podczas studiów licencjackich.

Praca magisterska

Już na początku pierwszego semestru musiałam wybrać promotora i temat pracy magisterskiej. Z racji, że nie znałam wykładowców na moim wydziale, wybrałam po raz kolejny panią prof. Poniewierkę. Wraz z promotorką ustaliśmy następujący temat pracy: OCENA STANU ODŻYWIENIA PACJENTÓW W RÓŻNYCH STADIACH CHOROBY WĄTROBY.

magisterka1

Musiałam złożyć wniosek do Komisji Bioetycznej, aby wykorzystać parametry morfologii badań krwi do analizy ze stanem odżywienia. Po uzyskaniu zgody, weszłam na oddział Kliniki Gastroenterologii i Hepatologii w USK i wykonywałam pomiary analizy składu ciała pacjentom ze schorzeniami wątroby. Moje plany pokrzyżowała pandemia, gdyż przez ponad 2 miesiące nie mogłam wchodzić na oddział. Miałam wtedy czas na pisanie teoretycznej części pracy. Wykorzystałam ponad 100 artykułów, wraz z książkami, dotyczącymi anatomii, chorób wątroby i postępowania żywieniowego w różnych stadiach choroby tego organu.

Obrona pracy magisterskiej

Moja obrona, ze względu na przedłużony termin oddania pracy, odbyła się we wrześniu 2020 roku. W reżimie sanitarnym, broniłam się w ekspresowym czasie 12 minut. Radości było nie miara, bo w końcu zdobyłam tytuł magistra!

obrona-pracy

Podsumowanie

Dzięki studiom zdobyłam upragniony zawód. Wiem już, że od pieczywa się nie tyje, gluten wcale nie zabija, a schabowy babci smażony na smalcu nie wydaje się być już taki smaczny i zdrowy. Rozumiem, dlaczego dochodzi do rozwoju różnych chorób żywieniowo zależnych, jak temu zapobiec i jak zahamować dalszy rozwój, a nawet cofnąć niektóre schorzenia za pomocą diety. Wiem, co oznaczają prawidłowe relacje z jedzeniem.

PLUSY studiów

+ ogrom wiedzy,

+ zajęcia praktyczne z pacjentami,

+ możliwość ukierunkowania swojej drogi zawodowej i zainteresowań

MINUSY studiów

– bardzo często przestarzałe informacje,

– praktyki zawodowe niezwiązane z zawodem,

– lekceważenie studentów przez niektórych wykładowców i brak wsparcia

W świecie dietetyki same studia nie wystarczą. Cały czas przeprowadzane są badania naukowe, które obalają dotychczasowo przyjęte podstawy. Należy szkolić się i być na bieżąco z nowymi informacjami.

Biorąc pod uwagę wszystkie jasne i ciemne strony studiów, licencjackich i magisterskich, będę wspominała je pozytywnie – wiedzy i doświadczenia nikt mi nie odbierze. A wspomniane wady – budują charakter i zmuszają do samorozwoju. Co w ostatecznym rozrachunku wcale nie jest takie złe.

A jakie są Wasze studenckie doświadczenia? Może na innych kierunkach czy uczelniach jest inaczej, albo dokładnie tak samo?

Co Wam się podobało, a co definitywnie wymaga zmian?

Piszcie w komentarzach!

Źródło grafik – zbiory własne, strona Fb PWSZ w Nysie

Jedna odpowiedz

  1. Lidia
    | Odpowiedz

    Świetny wpis! U nas na farmacji (Medyczny w Lublinie) zajęcia najczęściej były ciekawe, chociaż też zdarzali sie wykładowcy którzy nas „olewali”. Za to letnie praktyki w aptekach były bardzo fajne 🙂

Zostaw Komentarz